Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozświetlacz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozświetlacz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 kwietnia 2011

Świeć się, mała, świeć!


ESSENCE Shimmer Powder, 01 Prettylicious


Nie płaczcie już tak za tym AOHem, on wcale tak jakoś szczególnie cycków nie urywał swoją cudownością, a mnie samej zdecydowanie bardziej odpowiada ten chłodny połysk z lekko świnkoworóżowym akcentem, niż nieokreślony i nieogarnialny AOH, który nie był ni to ciepły, ni to zimny, do niczego nie pasował, a już na pewno nie do mojej dziwnej cery. Nie wiem, czy ja i dziewczęta narzekające na brokat w tym rozświetlaczu używamy tego samego produktu, ale ja tu brokat widzę, a wzrok mam dobry, jak założę moje minus czterdzieści dioptrii, tylko w naprawdę bardzo ostrym świetle, a co ciekawsze - ów szubrawca najzwyczajniej w świecie znika po kwadransie i zostaje efekt perłowego rozświetlenia. Może nie jest to tafla, czy inne bajoro, ale jednak coś, co może być dobrym zamiennikiem tychże ideałów rozświetlenia. Plusów ten pan ma więcej - przede wszystkim cena, zaletą wszystkich kosmetyków Essence jest cena, a właściwie to, jak cena przekłada się na jakość, a tu przekłada się niemalże stuprocentowo (dziewięćdziesięciodziewięcioprocentowo, dla dociekliwych), ponieważ ten rozświetlacz to dobry rozświetlacz jest, natomiast ja jestem dobra w budowaniu struktur gramatycznych w ojczystym. Kolejnym pozytywem jest uniwersalność tego kosmetyku, bo pasuje do makijaży... żów... żółw... nieważne, we wszystkich kolorach tęczy, przybyłam, zobaczyłam, zwyciężył nawet w połączeniu ze złotymi brązami. Zdecydowanym minusem jest to paskudne, tandetne opakowanie, który rysuje się szybciej i bardziej spektakularnie od mojego ajpoda, a to już naprawdę osiągnięcie niesamowite wręcz. No i, niestety, trwałość nie powala, jeśli nie nakłada się go bezpośrednio na podkład, a przykryty pudrem znika, więc to raczej rozwiązanie na dłużej niż cztery godziny tylko dla tych, co ich mamcia natura obdarzyła możliwością nieużywania pudru. Czyli na przykład dla mnie, hehehehe, ale nieśmieszne. Ogólnie rzecz biorąc - polecam, a... nie, to tyle, po prostu polecam.

środa, 9 lutego 2011

Niektórym do pełni szczęścia wystarczy druga szafa Essence (i Johnny Depp bez ubrania) - zdobycze z Krainy Cywilizacji

Gdzie jest druga szafa Essence w mojej pipidówie? Obeszłam dookoła całą lokalną Naturę, całego lokalnego Douglasa i co? I nico właśnie! Zdążyłam popaść w bezdenną rozpacz, powziąć kilka myśli samobójczych i pogodzić się z wieczystym oderwaniem od możliwości przetestowania serii Sun Club, czy Pure Skin. Myślenie nie jest moją mocną stroną, ale to nie zawsze ma negatywne skutki. Tym razem miało skutki bardzo pozytywne, bo miałam niespodziankę, kiedy w stolicy województwa poniżej, podczas spacerku po końcu świata (nie powiecie mi, że Bonarka jest w centrum), znalazłam się w moim prywatnym raju. Z raju wyszłam z dwoma bodaj najbardziej wychwalanymi produktami z Sun Clubu - matowym bronzerem i podróbką rozświetlacza Bobbi Brown. Nie miałam szczególnie wielu wyrzutów sumienia, bo ani bronzera, ani rozświetlacza w mojej kolekcji nigdy wcześniej nie było (tak, to możliwe, da się mieć milion lakierów do paznokci i żadnego bronzera). Przy okazji pozdrawiam pana z Douglasa, zawsze mnie rozczulali ci wymuskani chłopcy pracujący w drogeriach. Chcę takiego adoptować *.*


ESSENCE (Sun Club) Matt Bronzing Powder, 01 Natural

Ze mnie taka blondynka, że aż miło popatrzeć, ale przerażają mnie ciemne bronzery, a ten dla brunetek właśnie taki był. Ciemny i pomarańczowy. Powie mi ktoś, dlaczego to cholerstwo jest takie wielkie? Będę się bawić tym bronzerem do końca życia. I to za bodajże szesnaście złotych. Widzę już jedną zasadniczą zaletę tej zabawki - praktycznie zero pigmentacji, więc dla takiej sieroty jak ja, to wymarzony produkt, ciężko będzie przegiąć. I jakie fajne te wytłoczone laski!


ESSENCE (Sun Club) All Over Shimmer, 01 Ibiza Sun

O tym wynalazku naczytałam się na Wizażu i innych opiniotwórczych portalach dla uzależnionych, nasłuchałam na jutjubie i naoglądałam... też na jutjubie, więc wielkie są moje względem niego oczekiwania. Chociaż kosztował niewiele, bo koło chyba jedenastu złotych, to wolałabym się nie rozczarować. Moje pytanie numer jeden brzmi - dlaczemu te kolory są takie intensywne? Nałożę sobie na mordę na przykład ten miedziany, nawet w bardzo niewielkiej ilości i będzie placek. Nie chcę placka na twarzy :( Ale zobaczymy, jak to będzie.

Testowanie obu wynalazków uważam za oficjalnie rozpoczęte!